Wiele blogów powstało jako walka słowem o sprawę uznawaną za słuszną.
Ale czy jest sens?
1. uksztaltowanie lub zmiana przekonań odbywa się poprzez najczęściej poprzez doświadczenie lub interes własny (punkt widzenia zalezy od...)
2. polemiki zazwyczaj utwierdzają w posiadanych już przekonaniach albo służą walce o konkretny - choc czesto ukryty pod stosem derywatów - interes.
3. prościej i skuteczniej niż jakiekolwiek dyskusje "nawraca" poniesienie konsekwencji własnych działań.

Tymczasem w kraju "demolegislacyjnej przemocy", gdzie "wladza":

1) "psożytuje" w sferze wyrwanej wolnemu rynkowi i zabudowanej mechnizmami "potwierdzającymi" jej rosnącą niezbędność ,
2) przejawia się w rozrywaniu związków przyczynowo-skutkowych między działaniem/decyzjami członków elektoratu a jego skutkami/efektami (tzw. solidarnośc i sprawiedliwośc społeczna: możesz miec wszystko w d. i zyć nieodpowiedzialnie - jak masz większość zabierzesz sąsiadowi jego w pocie czoła i zapobiegliwości wypracowany dochód bo "jesteś potrzebujący")
... dyskusja publiczna jest oderwana od realiów, tak jak wiedza statytstycznego elektoratu rozumienia istoty dyskutowanych spraw.

Więc można latami dyskutować np. o pozytywach zapobiegliwości tymczasem w kraju demolegislacyjnej przemocy (gdzie komu uwierzy większość ten może drugiemu zabrać owoc jego pracy) jesli wladza "kupi" głosy nierobów za podatki zapobiegliwych to przecież ci drudzy nigdy nie wytłumaczą nierobom zalet zapobiegliwości. Narażą się tylko na kpiny nierobów i zarzuty własnych dzieci: "Tato daj spokój z tą zalosną pracowitością, w kraju gdzie połowa PKB przechodzi przez ręce "władzy" i w kt. "władza" moze zrujnowac każdy biznes, jedyna szansą na sukces jest zbudowac swój układ i skoczyć po publiczną kasę".

Nawet milion najmądrzejszych bloggerów ma 10 x mniej głosów niż liczne grupy społeczne których poparcie mozna zdobyć bez czytania naszych zaangażowanych dyskusji i którzy mogą kompletnie nie rozumieć, że spenienie ich żądań im samym długofalowo zaszkodzi... mają większość a więc demokratycznie rozumianą rację. A wszelkie dyskusje i słowem nawracanie ...mowa trawa ...

Żadna dyskusja nie przekona obywatela (wyborcę) do tego co sprawiedliwe, słuszne i dobre lepiej niż automatyczne i nie wymagające politycznego dyskursu sprzężenie zwrotne między działaniem/zaniechaniem obywatela a tegoż efektmi w jego życiu.A już na pewno nie przekona go słowo przeciw doświadczeniu tych efektów. To te ostatnie bowiem wyznaczają obywatelowi jego aktualny interes, który zawsze będzie osią konstrukcyjną jego działań. Zwłaszcza tych pokrywanych maskowanych deklaracjami wg kanonów politycznej / środowiskowej poprawności.

Wiekszość polityków - po rozerwaniu tego sprzężenia zwrotnego:
działanie<->efekt, pasożytuje w swoistej sferze "bezodpowiedzialności". Powstaje ona poprzez usunięcie owego sprzężenia, "wyjęcie" całych obszarów życia spod reguł moralnych rynku wyboru i odpowiedzialności, poprzez poddanie tych obszarów arynkowym mechanizmom własnego autorstwa. Jednocześnie następuje skracanie obywatelskiego horyzontu postrzegania interesu do legislacyjnego "kto?kogo?"

Mechanizm ten jest akceptowany przez obywateli głównie dlatego, że ów rozerwany związek przyczynowo-skutkowy między działaniem a odpowiedzialnością (skutkiem) jest już w  ich życiu trudno dostrzegalny, utopiony w gąszczu redystrybucji, legislacji i żonglerki efektami eksterioryzowanymi.

Białe staje się czarne i na odwrót. I żadna dyskusja na argumenty nie przebije się przez pancerz własnego interesu, powyginany w zależności od ciosów na ringu demolegislacyjnej przemocy. Dlatego mowa trawa...

 A mimo wszystko bloggujemy;-)